Olimpiada zakończyła się już jakiś czas temu - nadszedł zatem moment na podsumowania. Chiny jak wiadomo wygrały klasyfikację medalową, ale czy wygrały tylko Olimpiadę? Śmiem twierdzić, że nie tylko. Wygrały coś znacznie więcej - brak sprzeciwów w sprawie Tybetu.
Smutne stwierdzenie, ale sprawą Tybetu po raz kolejny w zasadzie nikt się nie przejął, chociaż wielu liczyło, że może właśnie podczas samej olimpiady nastąpi przełom w tej sprawie. Nic bardziej mylnego - Tybetańczycy zniknęli z ulic, protestów było jakby mniej, a te które miały szansę chwilę potrwać, już po kilkudziesięciu sekundach były brutalnie przerywane - oficjalnie zatem sprawa Tybetu nie przewijała się na Olimpiadzie i o to właśnie chodziło Chinom - ważna jest ich olimpiada a nie Tybet.
Teraz już wiadomo czemu sprawa Tybetu była jeszcze mniej zauważalna niż przed olmpiadą. Tybetańczycy byli niewpuszczani na ulice chińskie, mnichom zabraniano swobodnie się przemieszczać czy też wprowadzono tybetańską “godzinę policyjną”.
Efekt? Nawet Polacy wracający z Chin, byli bardzo zadowoleni z panującej tam atmosfery i generalnie bardzo zachwyceni Chinami - i o to właśnie chodziło Chinom. Wywrzeć jak najlepsze wrażenie, przyciągnąć kolejny kapitał i milczeniem świata zyskać aprobatę na aktualną sytuację? I co? Można krzyknąć tym razem głośno - Chiny zwyciężyły… - miejmy nadzieję, że nie na długo.